strona główna | 2.1 seks jakiego nie znacieWYWIADY - małżeństwo, miłość, seksualność sztuka kochania katolickich małżonków

sztuka kochania katolickich małżonków 

Z o. Ksawerym Knotzem, duszpasterzem małżeństw, specjalizującym się w tematyce aktu małżeńskiego rozmawiała Dorota Niedźwiecka


Złość z powodu niezaspokojonego pragnienia intymnych pieszczot. Stosunek niepełny jako próba rozwiązania tego problemu.

Każde małżeństwo przeżywa trudności w życiu seksualnym, a próba zaradzenia im przez system zakazów i nakazów na pewno nie pogłębi wzajemnej więzi.


Tematowi seksualności chrześcijańskiej towarzyszy wiele emocji i spaczonych poglądów na naukę Kościoła. Co zatem wolno a czego nie wolno w pożyciu małżeńskim?


o. Ksawery Knotz: Przyjęło się, że kwestie seksualne są rozpatrywane pod kątem: wolno czy nie wolno: „Czy wolno mi pieścić, czy wolno uprawiać seks oralny, używać prezerwatywę, odbywać stosunek przerywany?”. Te pytania - przy całym pozorze troski o dobre życie i o zachowanie zasad - fałszują chrześcijańską moralność. Gdyby Jezus, chodząc po świecie, informował ludzi tylko o tym, co im wolno, a czego nie wolno, to zamiast Ewangelii mielibyśmy kodeks prawny. Takie rozumowanie to jakaś wersja chrześcijańskiej popkultury, zupełnie uproszczona, a przede wszystkim pozbawiona duchowości, głębszego zrozumienia sensu życia i najważniejszego odniesienia - do Pana Boga. Na pierwszy plan wysuwa się tu zbiór praw, które mnie usprawiedliwiają lub osądzają, a brakuje osobowej relacji do Boga. Jeśli nie rozbijemy tego schematu myślenia, nie będziemy w stanie w sposób dojrzały mówić o życiu chrześcijańskim, o miłości, małżeństwie, seksualności.


Czym jest to dojrzałe mówienie o seksualności?

- To ukazywanie tej sfery w perspektywie rozwoju. W żadnej dziedzinie życia nie jesteśmy od razu w pełni sprawni, ale wszystkiego musimy się uczyć, często latami.  Małżeńska czystość to ideał, do którego dąży się przez całe życie. Pojawiające się co jakiś czas problemy z opanowaniem zmysłów są powszechne i przeżywają je nawet najbardziej religijne i uformowane duchowo pary.


Czy to znaczy, że małżonkowie mają nie dramatyzować, jeśli – aby nie doprowadzić do poczęcia dziecka – wybiorą np. petting?

- To naturalne, że małżonkowie chcą okazywać sobie miłość także przez dotyk. A ponieważ w okresie płodnym są bardziej pobudzeni i atrakcyjni dla siebie, zrozumiałym jest, że zdarza się im pieścić, bez dążenia do pełnego aktu seksualnego. Bywa, że doprowadzą się tym do orgazmu. Nie możemy z góry zakładać, że popełnieniają wtedy grzech ciężki, ponieważ zaprzeczylibyśmy w ten sposób naturalnemu przeświadczeniu, że miłość w małżeństwie sakramentalnym jest wyrażana przez cielesną bliskość, intymność. Równocześnie moglibyśmy doprowadzić do takiej sytuacji, że co wrażliwsze osoby będą się bały iść razem do łóżka – bo nigdy nie byłyby pewne, czy wieczorem lub w nocy nie zdarzy się tak, że utracą łaskę uświęcającą.

Należy jasno powiedzieć, że w tej sferze spontaniczne, nieumyślne sytuacje (gdy małżonkowie, okazując sobie miłość, nadmiernie się przy tym rozbudzą) mogą w ogóle nie być grzechami; żona i mąż nie powinni więc popadać z ich powodu w poczucie winy. W innych przypadkach świadome decyzje bywają naznaczone niedojrzałością, przez co są grzechami powszechnymi - tak jak w każdej innej sferze życia, np. gdy się małżonkowie kłócą o byle co. Natomiast ciągłe i systematyczne (mające znamiona wyboru opcji życiowej) doprowadzanie się do orgazmu poza stosunkiem seksualnym może wyrządzić krzywdę relacji małżeńskiej i powinno być jednoznacznie uznane za poważne zło moralne.

Równocześnie chcę podkreślić, że celem życia erotycznego jest dążenie do pełnego zjednoczenia się w ciele, zgodnie z fizjologią (a więc z wniknięciem penisa do pochwy i wytryskiem wewnątrz). Taki sposób zakończenia stosunku płciowego, dający poczucie całkowitego spełnienia fizycznego i duchowego, jest dla małżonków wyzwaniem na zasadzie: skoro w tym miesiącu nie byliśmy w stanie doprowadzać się do zaspokojenia tylko w sposób pełny – to w następnym się postaramy. A jeśli się nie uda, to - w następnym. Tak jak piłkarz, który zawsze podczas meczu chce zagrać jak najlepiej, ale bywa, że mu się to nie udaje.  Jeśli mówimy mu, że to jest normalne, że ma gorsze dni, ale najważniejsze, by ćwiczył dalej, to całkiem gdzie indziej kładziemy akcenty. Wychodzimy z klasyfikowania: „grzeszne”, „niegrzeszne”, a zaczynamy myśleć w kategoriach: jak piękniej, z większym szacunkiem, głębiej okazywać sobie miłość w sferze seksualnej. Jak sprawić, by nasze współżycie było coraz bardziej więziotwórcze?


Czy taki sposób myślenia dotyczy także stosunku przerywanego?

- Każdy z tych przypadków trzeba rozpatrywać inaczej. Decydując się na stosunek przerywany, mąż w sposób świadomy posuwa się w działaniu jeszcze dalej, niż do silnie rozbudzających pieszczot.

Warto sobie uświadomić, że stosunek przerywany – w przeciwieństwie do pełnego aktu, podczas którego małżonkowie doświadczają jedności – nie pomaga w tworzeniu więzi. Analizując go od strony biologicznej, można powiedzieć: wewnątrz czy na zewnątrz - nie ma znaczenia. Ale, biorąc pod uwagę, że akt płciowy ma służyć przede wszystkim potęgowaniu poczucia jedności między kobietą a mężczyzną, problem staje się o wiele bardziej poważny. Co to za tworzenie relacji, gdy mąż podczas współżycia nieustannie myśli: „Czy już wyciągnąć, czy jeszcze nie”, a żona zastanawia się: „Czy zdąży, czy nie zdąży” (tym bardziej, że nie jest to środek skuteczny w sensie antykoncepcji)? Niezmiernie istotny dla budowania jedności małżeńskiej moment zespolenia zostaje zakończony w chwili najważniejszej: u progu spełnienia i zatopienia się małżonków w sobie. Stosunek przerywany nie sprzyja więc budowaniu jedności, a w niektórych przypadkach może bardzo poranić. Dlatego - jeśli małżonkowie chcą  pogłębiać  więź - nie mają innej drogi niż unikanie go. Ale jeśli zdarzy się im współżyć w ten sposób, nie trzeba dramatyzować. Lepiej potraktować to jako zaproszenie do rozmowy o swoich obawach, problemach, pragnieniach, o tym, że nie jest to idealne rozwiązanie.


Co w przypadku, gdy mąż sam decyduje o przerwaniu stosunku i nie słucha w tym względzie argumentów żony? Czy dobrym rozwiązaniem będzie odmowa współżycia z jej strony?

- Często można usłyszeć w takich wypadkach radę: „Nie współżyj”. Ale to nie jest myślenie małżeństwem, ale celibatem. Tworzymy w ten sposób przepaść między mężem a żoną. W małżeństwie chodzi przede wszystkim o wzrastanie razem: jedno z małżonków ma większe problemy, drugie mniejsze, jednemu łatwiej, drugiemu trudniej – także w sferze seksualnej. Dojrzewają wspólnie – wspierając się wzajemnie w trudnościach, a nie: podejmując radykalne decyzje zerwania relacji w tym obszarze i ustawiając się przeciw sobie.

W opisanej przez Panią sytuacji ważne jest, by żona starała się odwieść męża od takich aktów płciowych i nie zgadzała się na nie z byle jakiego powodu  (inaczej poczuje się wykorzystywana). Natomiast zaprzestanie współżycia nie jest w tym wypadku dobrym rozwiązaniem problemów. Bo przecież... jeśli ludzie żyją pod Wezuwiuszem, który co jakiś czas dymi czy wybucha, to nie powód, by nie kochać Neapolu i uciekać od tego pięknego miasta.


Kolejnym sposobem na niedopuszczenie do zapłodnienia jest prezerwatywa...

-    Tak. To następny poziom oddalenia się  żony i męża od siebie; stawianie wyraźnej bariery w tworzeniu więzi. Decyzja któregoś z nich, że chce używać prezerwatywy, oznacza, że bałagan w życiu seksualnym pary jest dość duży i druga strona powinna w sposób zdecydowany się temu sprzeciwić. Jeśli proponujący taką formę antykoncepcji małżonek mimo to się na nią zdecyduje, będzie jasne, że nie liczy się z wolą życiowego partnera i myśli tylko o sobie. Chociaż współżycie nadal może mieć miejsce – pod takimi warunkami jak w przypadku stosunku przerywanego. Natomiast w sytuacji używania środków, które mają lub mogą mieć działanie wczesnoporonne (w tym tabletek antykoncepcyjnych), to „nie” powinno być nie tylko wyraźne, ale i definitywne. „Dopóki z nich nie zrezygnujesz, nie możemy podjąć współżycia”.


Cały czas zachęca Ojciec do kształtowania życia seksualnego poprzez podejmowanie kolejnych prób i radość nawet z małych zwycięstw. A jak wygląda to, do czego dąży para – czyli idealny sposób funkcjonowania w okresie wstrzemięźliwości?

- Potrzeba pieszczot i reakcja na nie jest sprawą bardzo zindywidualizowaną. Istotne, aby małżonkowie we wzajemnym dialogu odkryli, jaki sposób przytulania i dotyku umacnia ich uczucie. Chodzi o to, by nie rozbudzali się zanadto, a równocześnie – przez zbytnią oschłość - nie zabili czułości oraz poczucia emocjonalnej i cielesnej bliskości.

I tu ważne zadanie dla kobiety: żeby zrozumiała mężczyznę z jego silną seksualnością i pomagała mu z miłością, a nie z lękiem (które często powoduje zbyt rygorystyczna moralność). Gdy np. w okresie wstrzemięźliwości zauważa, że mąż jest pobudzony i gotowy fizycznie do podjęcia współżycia, niech nie boi się zasygnalizować mu, że rozumie jego pragnienie. Może to uczynić przez przytulenie go czy objęcie dłonią penisa w taki sposób, by męża nie rozbudzić jeszcze bardziej, ale wyrazić akceptację dla  jego sił witalnych. Do takiego delikatnego podejścia uzdalnia łaska sakramentu małżeństwa, gdy się z niej korzysta.


Powiedział Ojciec, że celem współżycia małżonków jest tworzenie więzi. Jak się ma do tego dążenie do odczuwania przyjemności seksualnej?


- To wcale nie jest ze sobą sprzeczne. Pan Bóg stworzył człowieka tak, że pragnie przyjemności, odkrywa ją i do niej dąży. Chodzi jedynie o to, żeby tę przyjemność czerpać w ramach cielesności, czyli żeby mąż i żona spotkali się ze sobą, oddając sobie nawzajem swoje męskie i kobiece ciało. By korzystali z przyjemności zgodnie z fizjologią, czyli m.in. uznając czasową płodność i niepłodność kobiety (a nie rozregulowując hormonami przysadkę mózgową) i  dążąc do pełnego aktu seksualnego, zgodnie z przeznaczeniem ludzkich narządów (a nie np. do seksu analnego rozumianego jako penetracja odbytu).

Natomiast przebieg gry wstępnej zależy od indywidualnej wrażliwości małżonków. Całe ciało jest do całowania i pieszczenia, a dozwolone wszystko, na co ono pozwala, a obydwoje się zgadzają! Także pobudzanie narządów płciowych za pomocą warg lub języka jako część gry wstępnej jest moralnie dopuszczalne. Nie można doszukiwać się w takich zachowaniach grzechu, ale należy traktować je jako jeden z ważnych elementów ars amandi katolickich mężów i żon.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy małżonkowie sięgają po pierścienie wydłużające erekcję, kuleczki dopochwowe, środki chemiczne wzmacniające podniecenie i inne stymulatory, ponieważ mają one sztucznie wywołać i spotęgować przyjemność. Do końca „wycisnąć” ją z ciał. Eksperymentując w ten sposób, kobieta i mężczyzna, wciąż niezaspokojeni, będą instrumentalizować i banalizować akt małżeński, kosztem zanikania prawdziwej, głębokiej więzi. Troska o przyjemność nie będzie już darem jednej osoby dla drugiej, a tylko techniką wzajemnego rozbudzania się.


Czy różnorodne pozycje seksualne to element budującej więź sztuki miłosnej czy raczej „techniczny” sposób szukania przyjemności?

- Tu także – podobnie jak w grze wstępnej – nie można wprowadzać rozróżnienia: ta pozycja tak, a ta już nie. To pole do eksperymentów. Dozwolone jest wszystko, co małżonkowi i mnie przynosi radość. Ale zbytnie skupienie się na stronie technicznej i przesadne instruowanie drugiej strony może sprawić, że – zamiast przeżywać piękno zjednoczenia – poczuje się jak narzędzie do zaspokajania seksualnych potrzeb. Sumienie powinno czuwać, aby nie utracić tego, co w akcie jest najważniejsze: czyli okazywania miłości i szacunku oraz troski o obdarowanie drugiej osoby przyjemnością. Bo seks po katolicku to sto procent satysfakcji!


Magazyn Familia, 1 stycznia 2009